Recenzja filmu jOBS

Nie ukrywam, że na film o twórcy Apple czekałem jak dziecko na prezent pod choinką. Mimo, że przestudiowałem jego wszystkie prezentacje, biografie Waltera Isaacsona przeczytałem w oryginale i w przekładzie, a na dodatek namiętnie słuchałem audiobooka, to nadal czułem niedosyt. Film miał być ostatnim elementem w tym całym “odkrywaniu Jobsa”. Na seans wybrałem się w dniu polskiej premiery.

Multikino było dosłownie zapchane młodymi ludźmi, jakby 3 gimnazja zjechały się w jedno miejsce. Przeszło mi przez myśl, że może te wszystkie młode istoty z iPhone’ami w ręku pojawiły się tu, aby poznać historię czarodzieja z Silicon Valley, ale nie… nic z tego! W tym samym dniu była premiera filmu o młodocianym boys-bandzie One Direction. Na jOBSa poszli nieliczni.

Sala nie była wypełniona nawet w połowie. Nie zabrakło jednak geeków, zdjęć z rączki i fejsowania poszczególnych scen z filmu. No, tego akurat można było się spodziewać. Przjedźmy jednak do sedna…

To nie będzie długa, ciągiem pisana recenzja. Chciałem skupić się na kluczowych elementach filmu, bo to pozwoli mi łatwiej pokazać Wam mój punkt widzenia na tę hollywoodzką ekranizację historii o twórcy i-urządzeń.

Fabuła

Jeśli ktoś czytał autoryzowaną biografię Steve’a Jobsa, doskonale wie, że człowiek ten przeszedł w życiu bardzo wiele. O wiele więcej, niż udałoby się zmieścić w 120 minutach filmu. Scenarzyści musieli zatem wybrać, który wątek z życia głównego bohatera przedstawić na srebrnym ekranie. Pamiętajmy, że film miał być zarówno zrozumiały dla niedzielnego kinomana, jak i dla komputerowego geeka. Wątek Steve Jobs – Apple był zatem jedynym słusznym wyborem. Nie będę się zatem rozpisywał, dlaczego w filmie nie wspomniano Pixarze, Disney’u, dlaczego wątek rodzinny został ograniczony do minimum i dlaczego historia kończy się w takiej chwili nie innej. Film musiał stanowić całość od początku do końca, tak, aby każdy mógł połapać się w tym, co dzieje się na ekranie. I tą decyzję scenarzystów, reżysera czy kogokolwiek odpowiedzialnego za wybór scen w całości popieram. (Btw, oczywiście, że chciałbym, aby na ekranie pojawiła się cała historia Jobsa i Apple, który geek by tego nie chciał?)

Obsada

Dobór aktorów był moim zdaniem  znakomity. Jeśli ktoś z Was nie wyszedł zbyt wcześnie z kina, zauważył ogromne podobieństwo bohaterów, do rzeczywistych postaci. Oczywiście wygląd to jedno, a aktorstowo to drugie. Josh Grad w roli Steve’a Wozniaka wypadł genialnie, no, może po za sceną z dowcipem o Polkach. Z pewnością dodano mu trochę humoru, ale i bez tego i tak byłby on mistrzem drugiego planu. Pocieszny, diabelnie inteligenty geek, stanowi całkowite przeciweństwo swojego wspólnika.

Asthon Kutcher w roli Steve’a Jobsa dał chyba wszystkim jasną wiadomość: potrafię również grać poważne, a nie wyłącznie romantyczne role. Choć dla osób, które widziały jakikolwiek keynote Jobsa, postać ogrywana przez Kutchera mogłaby się wydawać zbyt przerysowana (ten charakterystyczny chód), to dla mnie wypadł on w niej bardzo dobrze. Wspomniany sposób chodzenia, wypowiadania się, pauzy, to wszystko sprawiało, że bardzo realnie starał się przedstawić postać twórcy Apple. W początkowych scenach, gdy Steve był jeszcze na studiach, widać, że Kutcher czuł się o wiele lepiej w roli. To świat, który nie był dla niego obcy, doświadczenie z roli w Rożowych latach siedemdziesiątych z pewnością się tu przydało. Im lat Jobsowi w filmie przybywało, tym postać była trudniejsza do odegrania, ale Kutcher dawał radę. Serio.

Szczegóły

Oko cieszą szczegóły, do których twórcy, jak można zauważyć, starannie się przygotowali. Pierwsze logo Apple nie było przecież “jabłkiem”, a Newtonem siedzącym pod drzewem, i to możemy w filmie właśnie zobaczyć. Pedantyczna precyzja Jobsa też się pojawiła, obwody drukowane na płytach powinny być przecież równo ułożone. Prawdziwy model Apple II, Lisy, Macintosha – aż miło się patrzyło. Sceny z lotu ptaka pokazywały prawdziwą siedzibę firmy w Cupertino. No i oczywiście prawdziwy garaż w którym wszystko się zaczęło.

Pomyłki

Oczywiście film nie uchronił się od pomyłek. Po premierze podniosła się dyskusja, że nie wszystkie sceny prezentowane na ekranie zdarzyły się na prawdę. Podobno nie było tak, aby cały zespół Apple przebywał razem w garażu – owa scena z produkcji Apple I gdzie każdy wykonuje swoje zadanie i przekazuje komputer do osoby obok. Przemówienie Jobsa na targach komputerowych podobno również było inne. Szkoda… ale rozumiem, że scenarzyści musieli ubarwić historię, aby ta spodobała się każdemu, nawet temu przysłowiowemu niedzielnemu widzowi.

Podsumowanie

Kiedy światło w sali kinowej zaczeło się znów zapalać, a na ekranie pojawiły się napisy końcowe, byłem naprawdę zadowolony. Jako wielki fan Steve’a stawiałem tej ekranizacji wysokie wymagania, sam nie wiem, czego konkretnie oczekiwałem, ale chciałem aby film mnie zaskoczył mimo tego, że znałem całą historię od dawien dawna. Jak zaskoczyć widza, który wie jak zakończy się film? Nie wiem, ale im się udało.

Czy powinieneś zobaczyć ten film?

Tak. Jeśli nawet nie masz komputera, a marka Apple wydaje Ci się nieznana, to idź do kina i zobacz ten film. To nie jest ekranizacja historii powstania amerykańskiej korporacji. To historia człowieka, który gonił swoje marzenia, człowieka, który miał wystarczający tupet, aby powiedzieć, że coś jest “do dupy”, człowieka, który miał w planach zmienić świat i człowieka któremu się to udało.

I jeszcze coś: Piraci z Krzemowej Doliny – Jobs, Gates, Microsoft, Apple, Xerox… koniecznie obejrzyj!