Odrzuciłem pracę w Google

Moje pierwsze CV wysłałem do Microsoftu. Byłem na 3 roku studiów i postanowiłem zacząć pracować “w zawodzie”. Swoją krótką rekrutację opisałem na tym blogu. Przypomnę Wam, że odpadłem, bo mój angielski nie był wystarczająco dobry, a i trema mnie kompletnie zjadła. Niedługo później – jako laureat konkursu programistycznego – dostałem ofertę pracy w R&D Samsunga. Przyjąłem ją. Pracowałem tam 3 lata, po których z hukiem rzuciłem etat, by założyć własny start-up. Rozumiecie, I’m the CEO. Od 2 lata jestem “na swoim”. Moja firma wciąż się rozwija i czeka nas jeszcze dużo pracy, zanim osiągniemy spektakularny sukces. Na początku września na LinkedIn zaczepił mnie rekruter z Google… firmy, w której zawsze chciałem pracować, do której wysłałem chyba ze 100 CV, ale nikt nigdy się do mnie nie odezwał, aż do tamtego dnia…

“Szukam osoby na stanowisko, na które wydajesz się doskonałym kandydatem”. Pierwsze, co pomyślałem, to: “Teraz się do mnie odzywacie?! Kiedy postanowiłem już u nikogo nie pracować, być “Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”, odzywa się firma z moich marzeń. Trzeba było mnie znaleźć 2 lata temu!”

W Google chciałem pracować z trzech powodów: ludzie, projekty, benefity. Morderczą rekrutację przechodzą tylko nieliczni, co powoduje, że “w środku” spotykasz bardzo inteligetnych, ambitnych i bardzo doświadczonych pracowników. Osoby, od których będziesz się mógł wiele, wiele nauczyć. Pracować będziesz przy projektach, które faktycznie zmieniają świat, z których korzystają setki milionów użytkowników. Na to wszystko będziesz miał jakiś mały wpływ, przyłożysz do tego rękę… To musi być wspaniałe uczucie. No i te benefity… po prostu bajka. Darmowe posiłki, zapełnione po sufit kuchnie, baseny, siłownie, masaże… i to wszystko w biurze, zaraz obok Twojego miejsca pracy. Kto by nie chciał tam pracować? Zerknijcie na tę galerię. Obłęd.

Pierwszy krok był już za mną. Zauważyli mnie i chcieli umówić się na rozmowę. Tylko czy ja byłem gotowy na ewentualny powrót do korporacji? Co z moją firmą? Czy dałbym radę pogodzić wszystkie obowiązki, te stare i te nowe? Doba ma tylko 24 godziny. Byłem w kropce. Zwlekałem z odpowiedzią do następnego dnia. W końcu podjąłem decyzję. Co mi szkodzi, pomyślałem. Zgodzę się na udział w rekrutacji, pewnie i tak odpadnę, a jeśli nie, to będę się wtedy martwił. To był dopiero początek…

Rozmowa nr 1 (Londyn)

Pierwsza rozmowa miała charakter informacyjno/odsiewowy. Zadzwonił do mnie rekruter z Londynu i dokładnie opisał stanowisko: Technical Account Manager, osoba odpowiedzialna za techniczną komunikację między dużymi partnerami a Google. Zadano mi następnie kilka pytań sprawdzających. Niestety nie mogę powiedzieć Wam, jakie to były pytania, ponieważ cały proces jest poufny. Moje odpowiedzi były poprawne, więc zostałem umówiony na pierwszą “typową” rozmowę rekrutacyjną.

Chcę się tutaj z Wami podzielić moimi przemyśleniami na temat procesu rekrutacji, który uważam za jeden z najlepszych na świecie. Rekruter, który znalazł mnie na LinkedIn i który zadzwonił do mnie z Londynu, był w kimś w rodzaju “rekrutera zarządzającego”. Sprawdzał na dzień dobry kandydata i jeśli według niego był on odpowiedni, to włączał go do głównego procesu rekrutacyjnego. Następnie umawiał kandydata na rozmowę z wybranym przez siebie pod-rekruterem, który z kolei przeprowadzał specyficzne dla siebie interview, spisywał swoje spostrzeżenia i odsyłał je z powrotem do zarządzajacego. Ten, na podstawie informacji, które otrzymał, decyduje, czy umawiać kandydata na kolejne rozmowy. Co ważne, po każdej rozmowie z pod-rekuterem zarządzający dzwoni do Ciebie i przekazuje feedback: co poszło nie tak, co dobrze, a nad czym warto popracować. W Polsce nigdy z czymś takim się nie spotkałem.

Rozmowa nr 2 (Madryt)

Pierwsza rozmowa z pod-rekruterm trwała 60 minut i odbywała się przez telefon. Była to rozmowa techniczna. Pytania dotyczyły ogólnej wiedzy technicznej, programowania itp. Pojawiły się pytania ogólne i szczegółowe, a wiele z nich oscylowało wokół zagadnienia “jak byś coś zaprojektował”, “jak byś rozwiązał dany problem”. W Madrycie pracują naprawdę bardzo miłe osoby.

Feedback (Londyn)

Kilka dni później dostałem telefon od zarządzającego. Rozmowa poszła bardzo dobrze, pojawiło się kilka uwag, ale to podobno normalne :) Przechodzę dalej i umawiamy się na kolejne spotkanie.

Rozmowa nr 3 (Monachium)

Pierwsza rozmowa przez Hangouts (wideokonferencja). Oni widzą mnie, ja widzę ich. Rozmowa techniczno-biznesowa dotycząca wyłącznie konkretnych kwestii do rozwiązania. Nie ma to już miejsca na pytania w stylu: “co to jest X”, “do czego służy Y”. Nad jednym problemem spędziliśmy 30 minut, po każdym rozwiązaniu, rekruter rzucał kłodę pod nogi i musiałem znaleźć inne rozwiązanie.

Rozmowa nr 4 (Zurych)

Tej rozmowy obawiałem się najbardziej. Otwieramy z rekruterem ten sam dokument Google Doc i “kodujemy”. Jest zadanie, trzeba znaleźć rozwiązanie (algorytm) i zakodować je w wybranym języku. Przez cały czas na ręce patrzy Ci inżynier z Google. W międzyczasie pyta Cię, dlaczego używasz takich funkcji, a nie innych, i czy można zrobić to lepiej, szybciej, bardziej wydajnie. Czas przeznaczony na to zadanie to 45 minut. Po 30 minutach było już po wszystkim. Miałem wrażenie, że moim celem było znaleźć tylko to jedne poprawne rozwiązanie, i chyba ja znalazłem.

Feedback (Londyn)

Dwie poprzednie rozmowy odbywały się tego samego dnia, więc feedback dotyczył obu. Tym razem nie było już żadnych zastrzeżeń. Przechodzę dalej!

Rozmowa nr 5 (Zurych)

Pierwsza część rozmowy dotyczyła umiejętności miękkich i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Wymyślone sytuacje miały służyć sprawdzeniu umiejętności improwizacji i podejmowania trudnych decyzji. Druga część rozmowy dotyczyła usług Google, w szczególności usług, z których firma się utrzymuje: AdWords, AdSense itp.

Feedback (Paryż)

W tym momencie zmieniono prowadzącego mój proces rekrutera zarządzającego. Wszystkie etapy jak dotąd przebiegły pomyślnie i pozostały jeszcze 3 kroki do końca rekrutacji. Następna rozmowa nie będzie już wideokonferencją, a zwyczajnym luźnym spotkaniem w Warszawskim biurze Google.

Rozmowa nr 6 (Warszawa)

Biuro Google mieści się w ścisłym centrum Warszawy. Na 3 piętrach Warszawskiego Centrum Finansowego zaadaptowanego na kolorowe biuro pracuje ponad 100 pracowników, a liczba ta nadal rośnie. Miałem okazję spotkać się z jednym z menadżerów i porozmawiać o tym, jak pracuje się w Google. Czy jest tak ‘fajnie’, jak wszyscy myślą, czy może jeszcze lepiej? Zapewniono mnie, że jest bardzo fajnie. I w tym momencie pojawiła się moja pierwsza wątpliwość… czy aby na pewno jestem w stanie pogodzić start-up z pracą w Google…?

Komitet rekrutujący nr 1 (Mountain View, California)

Od tego momentu już nic nie zależało ode mnie. Moja kandydatura została przedstawiona do rozpatrzenia przez komitet rekrutujący w głównej siedzibie Google. Zaakceptowano ją, a do zakończenia procesu pozostała jeszcze zgoda drugiego komitetu. Mnie jednak ogarniały coraz  większe wątpliwości…

Co mam zrobić?

To była jedna z najtrudniejszych decyzji w mojej karierze. Firma, w której każdy inżynier chciałby pracować, vs start-up na początku swojej drogi. Bardzo dobre stanowisko w najpopularniejszej zagranicznej korporacji vs 12-godzinny dzień pracy nad własnym projektem. Stabilność vs niepewność. Stała pensja vs pensja raz na jakiś czas.

Na początku myślałem, że może uda się to jakoś pogodzić. Ale im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej byłem przekonany, że nie miałoby to sensu. Albo jedną pracę bym zawalał, albo drugą. Postanowiłem wycofać się z procesu.

Dlaczego zrezygnowałem?

To był błąd, że w ogóle zgodziłem się na dołączenie do rekrutacji. Zakładałem, że nie przejdę dalej, i to spowodowało, że znalazłem się w  końcu pod murem. Powinienem był się dobrze zastanowić i wziąć pod uwagę optymistyczny wariant rekrutacji. Nie mogłem też porzucić start-upu, miejsca, w którym realizuję swoje marzenia, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Obiecałem sobie, że dopóki firma będzie na nogach, to z niej samowolnie nie odejdę. Zrobię wszystko, aby maksymalnie rozkręcić Kwit.pl. Pójście w tym momencie na etat byłoby dla mnie osobistą porażką. Marka Google była jednak zbyt silna i kusząca, abym odmówił im już na samym początku.

Czego się nauczyłem?

Po pierwsze wiem, że przed poważnymi decyzjami powinienem nie dwa, nie trzy, ale cztery razy się zastanowić, zanim się na coś zdecyduję. Zawsze powinienem też rozważyć każdy możliwy wariant rozwoju sytuacji, zarówno pesymistyczny, jak i optymistyczny.

Upewniłem się również, że nadal mam silną wolę i potrafię odmówić sobie szybkiej i małej nagrody, gdy w perspektywie, choć niepewnej, jest możliwość zrobienia czegoś faktycznie wielkiego. Tę cechę zawsze w sobie ceniłem. Potrafię się poświęcić…

Dodatkowo wiem teraz, jak wygląda najlepszy, najbardziej obiektywny proces rekrutacji na świecie. O przyjęciu nie decyduje jedna czy dwie osoby, ale cały zespół, który dokładnie bada Twoje kompetencje. No i ten feedback… kto w Polsce odzywa się do Ciebie po “oblanym” procesie rekrutacyjnym? No nikt… Od dziś zmieniam sposób rekrutowania osób do własnej firmy.

Do zobaczenia, Google! Nasze drogi pewnie jeszcze się spotkają. Tymczasem, trwaj, przygodo…!

Stay-Hungry-Stay-Foolish-keynote-opener

Na sam koniec…

Na początku listopada 2017, wystartowałem z kolejnym biznesem. Tu przeczytasz jak do tego doszło.