Konfigurowalne obrazy z HTTP GETa

Temat postu z pewnością nie mówi Wam zbyt wiele, dlatego pozwolę sobie go wyjaśnić. W dzisiejszym wpisie chciałbym przedstawić Wam usługi, jakie zewnętrzne firmy dostarczają deweloperom aplikacji internetowych poprzez zwracanie obrazów z konfigurowalnych adresów URL. Mówiąc jaśniej, to, jaki obraz zostanie zwrócony, zależy od podanych w adresie parametrów.

Na samym początku przyjrzyjmy się usłudze mojego „ulubionego” dostawcy, wujka Google’a – Chart Tools. Jak sama nazwa wskazuje, na naszą stronę możemy wstawiać wszelkiego rodzaju wykresy. Dokładna dokumentacja znajduje się tutaj, a teraz krótki przykład:

http://chart.apis.google.com/chart?cht=p3&chd=s:Uf9a&chs=250x100&chl=January|February|March|April

Dla jasności pokolorowałem odpowiednie sekcje w adresie. Śmiało, skopiujcie go do swojej przeglądarki i zmieńcie np. nazwę miesiąca. Do dyspozycji mamy naprawdę szeroki wachlarz wykresów, ikon, a nawet możemy wstawiać równania matematyczne i kody QR.

http://chart.apis.google.com/chart?cht=tx&chl=x%20=%20%5Cfrac%7B-b%20%5Cpm%20%5Csqrt%20%7Bb%5E2-4ac%7D%7D%7B2a%7D

Tutaj jednak adres nie jest już tak oczywisty. Ze względu na ograniczenia w znakach adresu URL wymagane jest odpowiednie kodowanie. Google daje nam naturalnie pomocne narzędzie. Oprócz API do wykresów nasz potentat dostarcza również podobną funkcjonalność dla map – sprawdź Google Static Maps.

Drugi dostawca podobnych usług to yuml.me. W tym przypadku mamy możliwość generowania diagramów UML. Jak wiadomo, diagramy te mogą prezentować rożne rodzaje schematów, zatem dają się zastosować w naprawdę wielu sytuacjach. Popatrzmy na taki przykład:

http://yuml.me/diagram/scruffy/class/[Customer]-%3E[Billing%20Address]

Na stronie usługodawcy możecie zobaczyć kilkanaście innych, bardziej rozbudowanych przykładów. Możliwości są naprawdę spore.

Czy znacie więcej serwisów udostępniających podobne funkcjonalności? A może znacie nazwę tego rodzaju usług? Chętnie się o nich dowiem.

Promuj

Monopol w branży IT

Jeśli usłyszycie hasło „monopol” i każą Wam wymienić jedną firmę w branży IT, to jaką wymienicie? Naturalnie, bez zająknięcia, stajnię wujka Billa.  Owszem, Microsoft zmonopolizował rynek systemów operacyjnych. Dzięki przemyślanym decyzjom, sprytnym umowom i determinacji zdobył podium i zasiadł tam na wieki. Czy dobrze? Mnie pasuje.

Tymczasem zza krzaka na pozycję monopolisty równie wielkiego rynku, internetu, czyha Google Inc. Dla jasności, uważam, że produkty firmy z Mountain View są naprawdę super i świetnie mi się ich używa, ale kiedy pomyślę, ile tego jest, głowa mi pęka, a nie lubię kiedy mi pęka ;p

Wyszukiwarka… nic dodać, nic ująć, ukłony i wyrazy szacunku za tak znakomite narzędzie. Poczta… szybka, duża, w miłej domenie, brawo. Mapy… 2D, 3D, czego chcieć więcej? YouTube, Dokumenty Online, Blogi, Zdjęcia, Androidy na telefonach, Przeglądarka, System operacyjny, coś tam, coś tam, coś tam … gigant stale poszerza swoje horyzonty. Z kwartału na kwartał kupuje kolejne firmy, ostatnio nawet taką, która zajmuje się przewidywaniem przyszłości.

Co jeszcze nas czeka? Analitycy przedstawili propozycje 10 usług, które już niedługo może wprowadzić ten internetowy potentat. Niektóre rozwiązania istnieją, ale naturalnie Google zrobi je lepiej… czy dobrze? Konsumenci powiedzą, że tak, dostaną przecież kolejny świetny produkt. Google zarzucił sieci.

Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że firma za pośrednictwem tych wszystkich usług zbiera masę informacji, o nas, użytkownikach.  Jeśli korzystacie z wyszukiwarki, gdy jesteście zalogowani na np. iGoogle’u, wejdźcie, proszę, w „Ustawienia konta Google”, a następnie wybierzcie „View data stored with this account”. Zobaczycie, ile informacji o Was zebrano. Zbadajcie sekcję „Web history”, sprawdźcie, czego szukaliście miesiąc temu… bez komentarza. Te wszystkie informacje są następnie wykorzystywane w usłudze AdWords, która wyświetla reklamy, i co mniej ciekawe, stanowi główny dochód firmy.

Na koniec film propagandowy, jeśli ktoś nie obejrzał w jednym z podanych linków.

A żeby nie było znów promicrosoftowo, załączam kilka komiksów.

Marketing przeglądarek internetowych cz. 2

Spodobał mi się temat marketingu przeglądarek, dlatego przedstawiam wam drugą jego część.

Jak dobrze zareklamować swojego klienta? Które cechy wyróżnić? Na co zwrócić szczególną uwagę, a o czym raczej nie wspominać?

Szybkość. Cecha bardzo pożądana przez dzisiejszych użytkowników. Nie mylcie tego jednak z szybkością pobierania stron z sieci! Mam tutaj na myśli jedynie ich renderowanie. Na genialny pomysł wpadli inżynierowie (marketingowcy?) z Google. Nagrali film, w którym pokazują, że ich najnowszy produkt – Chrome 5 Beta – jest szybszy m.in. od błyskawicy. Wow! Opublikowali także wersję od kuchni. Naprawdę świetnie im to wyszło. Pominę, że zataili fakt o ładowaniu strony z dysku, no ale pamiętajmy, że chodzi tu o rendering. Brawo!

Najszybszą przeglądarką na świecie jest Opera. Tak przynajmniej wynika z szyldu na stronie domowej klienta. Porównywana także do błyskawicy, z dumnie nazwaną funkcją „turbo” może śmiało konkurować z Chromem. Tak więc na starcie mamy 3 zawodników: błyskawicę, Chrome’a i Operę. Gotowi? Start!

Bezpieczeństwo. Czochrałeś kiedyś lemura? Zakładam że nie, jednak gdybyś to robił, pamiętaj, że w tym samym momencie „Internet Explorer 8 blokuje 1000 złośliwych ataków szkodliwych witryn i prób wyłudzenia informacji”. Taki slogan oraz podobne do niego można zobaczyć na stronie kampanii reklamowej wspomnianej w poprzednim poście. „Gdy Ty szukasz romansu…”, „Gdy Ty siedzisz w ulubionym koncie…”, „Gdy Ty komentujesz emocjonujące opisy („Zjadłem czipsy i poszedłem spać”) kumpli…”, prawda że miło? Nie trzeba się martwić, Microsoft czuwa, tak trzymać!

Personalizacja. „Nie wszyscy noszą ten sam rozmiar”, to prawda. Ludzie z Mozilli wiedzą coś o życiu. Firefox uchodzi za najwygodniejszą do spersonalizowania przeglądarkę, dlatego pewnie ta cecha znajduje się na pierwszej liście „Co decyduje o przewadze Firefoksa?” widniejącej na stronie głównej produktu. Ogromna baza dodatków umożliwia zadowolić nawet najbardziej wybrednych użytkowników. Bajer!

Elegancja. Dziwne, że żaden z producentów, prócz Opery, o tym nie wspomniał. Dla norweskiego producenta to jedna z 3 najważniejszych cech. „Stylowy wygląd i intuicyjna budowa to kolejne elementy zapewniające doskonałe wrażenia podczas korzystania z Internetu”. Jakie wrażenia mieli na myśli? Nie mam pojęcia. Przezroczystość ramki przeglądarki? Przecież to natywnie dostępne w Windows 7…

Fajnie, że mamy wolny rynek i tylu konkurentów. Jeden prześciga drugiego wymyślając co raz to ciekawsze haki reklamowe. Ważne, że jednocześnie rozpieszczają użytkownika, jak tylko się da. Gratulujemy – ja i moja klawiatura.

Marketing przeglądarek internetowych

W drugim kwartale 2007 roku Internet Explorer posiadał niemalże 65% rynku przeglądarek internetowych w Polsce. Firefox w tym samym czasie miał skromne 28%. Od tamtej chwili popularność MSIE powoli spada, a z miesiąca na miesiąc zwolenników przeglądarki z Redmond ubywa. Rok później konkurenci spotykają się na poziomie ok. 45%. Mija kolejny rok, Mozilla ma już połowę rynku, Microsoft 30%. Ostatni będą pierwszymi, chciałoby się powiedzieć. Ale dziwne, Firefox nie jest przecież bezpieczniejszą przeglądarką.

Z innej beczki. Jeśli ktoś na ślepo instaluje aktualizacje do Windowsa, to z pewnością 1 marca spotkała go niespodzianka. Ot, takie sobie okienko wyboru przeglądarki. Założę się, że część internautów została oświecona możliwymi alternatywami i z pewnością zainstalowała sobie nowego klienta. Inni z uśmiechem zamknęli okienko zostając przy swoim dawnym wyborze, a Ci ostatni (w tym ja) w porę odznaczyli ową aktualizację. Brawo! Swoją drogą w Linuksach też będzie takie okienko?

Do sedna. W grudniu zeszłego roku, tuż przed świętami byłem na wyjeździe służbowym w Anglii. Zwiedzając pierwszy raz Londyn, w metrze „wpadła na mnie” ściana dobrze wylepiona billboardami. Jeden obok drugiego, każdy taki sam, Google Chrome, Google Chrome… Zaraz, zaraz, gdzie jest monitor, myszka, klawiatura… takie rzeczy tylko w… internecie. Marketingu się zachciało ekipie z Mountain View, nawet gazety dostały za swoje.

I znów trochę historii. Przed rokiem 2000 mało kto miał dostęp do internetu, ba… wiedział czym jest. Dzisiaj około 60% gospodarstw domowych ma do niego stały dostęp. Takiemu wzrostowi musiała towarzyszyć również swojego rodzaju edukacja. Co to jest internet? Do czego służy? A co można tam znaleźć? Kiedy już każdy wiedział, jak się w tym wszystkim odnaleźć, czas przyszedł na kolejny krok. Teraz to nie my wchodzimy do internetu, ale internet wychodzi do nas. (parafrazując, „to nie Google jest podpięty do internetu, ale internet do Google”).

Po reklamach Chrome’a w Anglii czas przyszedł na Internet Explorera. Nie wiem, jak sytuacja wygląda w innych krajach, ale polski oddział zaatakował. W stolicy pojawiły się pierwsze billboardy reklamujące Internet Explorera. Żółte banery z napisem „Surfuj bezpiecznie” musiały nieźle zaskoczyć, ale tylko tych… „świadomych” przechodniów. W centrum Warszawy postawiono nawet dmuchany baner. Kampanię czas zacząć!

Czy reklama przeglądarki w ten sposób to dobry pomysł? Patrząc na procent osób czynno-świadomych istnienia internetu (60%), dzieląc to przez tych, którzy wiedzą, że są różne przeglądarki (~50% – urodzeni po ’75, nie pytajcie dlaczego tak sądzę), i jeszcze przez tych którzy widzieli reklamę (~20% – plakaty tylko w dużych miastach) otrzymamy około 6%, co chyba jest dobrym wynikiem, prawda? To będzie 2,4 mln świadomych odbiorców. I to hasło „bezpiecznie”. Tyle się teraz mów o zagrożeniach w sieci, musi trafić. Trafi?! Mało tego… w przerwie półfinałowego meczu Barcelona – Inter Mediolan (1:0) na kanale nSport wyemitowano reklamę Microsoftu, także żółtą.

Co będzie dalej? Widzieliśmy już serwisy internetowe reklamowane w ten sposób, teraz oprogramowanie, czego jeszcze możemy się spodziewać?